Złote myśli

wtorek, 26 stycznia 2010

Swego czasu byłem mocno związany z sfd.pl oraz body-factory.pl Wiązało się to z tym , że niemal wyczynowo trenowałem trójbój siłowy. Jednakże wola ukończenia studiów prawniczych zadecydowała o zakończeniu mojej "kariery" sportowca.
 
Zainteresowanie siłownią przejął po mnie mój młodszy o trzy lata brat. Jego trenerem na odległość jest Andrzej Roszkowski, który bardziej znany jest pod pseudonimem "Wodyn". Dlatego każdy trening jest nagrywamy, żeby Wodyn mógł ocenić postępy i ewentualnie błędy w treningu.

Tak też było na ostatniej sesji treningowej. Brat poprosił mnie o asekurację a ja na chwilę przerwałem naukę i przyszedłem w moich rozwalonych kapciach na siłownię. Położyłem aparat na podwyższeniu i ustawiłem się za bratem, by go asekurować. Ćwiczenie poszło bez najmniejszych problemów.

Brat wyłączył nagrywanie i postanowił sprawdzić jak wyglądała jego seria "floor press". Jakież było jego zdziwienie, gdy zobaczył swojego psa na filmiku. Jego reakcja była następująca: "Cholera, znowu będą się ze mnie śmiali". Mnie osobiście w ogóle to wideo nie śmieszyło. Ale wrzuciliśmy je na body-factory.pl i wtedy się zaczęło... Ludzie wprost oszaleli na punkcie tego filmiku. Trafił on na największe portale jak wykop.pl czy joemonster.org. Oczywiście nie każdemu się podobało, jednak zdecydowana większość pokochała ten materiał.

Filmikiem zainteresowały się także zagraniczne serwisy. Jak chociażby failblog.org czy collegehumor.com. Obecnie filmik ma już w całym internecie co najmniej 5.000.000 wyświetleń, co jest wynikiem bardzo dobrym. Czegoś takiego się nie spodziewałem. Tym bardziej, że mnie ten filmik absolutnie nie śmieszy. Póki co dostajemy mnóstwo różnych ofert od amerykańskich i nie tylko portali. Ciekaw jestem jak dalej rozwinie się sytuacja.

Nasz materiał znalazł się w programie "=3" (od 2:00 i na końcu)



Filmik możecie znaleźć na:
http://www.tvn24.pl/0,10751,1640023,,,sportowcy-amatorzy,raport_wiadomosc.html

http://www.collegehumor.com/video:1928190

http://failblog.org/2010/01/22/interruption-win/

http://www.huffingtonpost.com/2010/01/21/the-best-twist-ending-to_n_431722.html

http://www.liveleak.com/view?i=969_1264195172

http://www.break.com/index/surprise-bench-press-showoff-failure.html

http://www.wykop.pl/link/284237/mistrz-pierwszego-planu

http://www.joemonster.org/filmy/21801/Mistrz_pierwszego_planu

Póki co wiem o tych portalach. Zapewne jest ich więcej. Ale nie zaglądam nigdzie indziej, więc ciężko trafić.


poniedziałek, 26 listopada 2007


Fragment kolejnej książki z cyklu "Pod Lupą Newsweeka". Już dziś w sprzedaży!
Zostałbyś selekcjonerem polskiej kadry? - zapytał Jan de Zeeuw Leo Beenhakkera. - A jesteś w stanie to załatwić? Jeśli tak, to ja jestem zainteresowany. Publikujemy fragment kolejnej książki z cyklu "Pod Lupą Newsweeka".
Leo obudził się bardzo wcześnie. Za godzinę, dwie zaczną zjeżdżać pierwsi zawodnicy. Zgrupowanie kadry. Jest wiosna 2007 roku, hotel Olympic we Wronkach. Przed reprezentacją najważniejsze mecze eliminacji mistrzostw Europy. Pogoda niezła, raczej ciepło, zielona trawa na boisku treningowym. Beenhakker otwiera okno. Coś się zmieniło od wczoraj. Na boisku zamiast trawy śnieg. W nocy spadło kilka centymetrów puchu. W takich warunkach nie da się trenować. Leo wychodzi na spacer, drapie się w głowę, przeklina pod nosem. Chodzi o czas, którego ma coraz mniej. Coraz mniej czasu, żeby przygotować chłopaków, wbić im do głowy parę podstawowych zasad, bez których nie ma mowy o sukcesie. W jego wieku czas ma wielką wartość. Nie ma go dla rodziny, znajomych. Dla kadrowiczów zawsze, tyle że kluby zwalniają ich zaledwie na kilka dni, jakby robiły łaskę. A jak już zwalniają, to piłkarze pojawiają się na zgrupowaniu zmęczeni, znudzeni, smutni. Ktoś nie gra w klubie w ogóle, zamiast biegać po boisku, siedzi na trybunach. Inny spędza mecze na ławce rezerwowych. Trzeci wchodzi tylko na ostatnie pięć minut meczu. Czwarty narzeka, że coś go boli. Dlatego początek zgrupowania jest stracony, bo zanim trener wysłucha każdego z graczy, zanim podniesie ich na duchu, zanim wymaże z głowy wszystko, z czym zmagają się w klubie, mija doba.
Czas ucieka jak oszalały, a teraz jeszcze ten śnieg. Beenhakker nie czeka, aż stopnieje. Telefon do dyrektora Zakładu Karnego we Wronkach. Po południu przysyłają piętnastu osadzonych. Wytatuowani, z bliznami na nadgarstkach chwytają za łopaty i zaczynają odśnieżać. Przed zmrokiem przychodzi ich opiekun. - Zabieram chłopaków, bo za chwilę będzie ciemno - oznajmia. - A wtedy, wiecie panowie, nie wiadomo, co im strzeli do głowy. Musicie zrozumieć, to są ludzie z bardzo wysokimi wyrokami.
Leo nic nie mówi. Bierze łopatę. Pomagają mu współpracownicy ze sztabu reprezentacji. Idzie im nie gorzej niż osiłkom zza krat, ale niektórzy odciski na dłoniach będą leczyli jeszcze przez kilka tygodni. Następnego dnia rano do menedżera kadry Jana de Zeeuwa dzwoni prezes PZPN Michał Listkiewicz.
- Jan, no co ty, jak mogłeś pozwolić, żeby ktoś taki jak Beenhakker sam machał łopatą - mówi poirytowany Listkiewicz.
- E... wszystko w porządku Michał, wszystko w porządku, nic się nie stało, Leo już taki jest - odpowiada de Zeeuw.
I I I
Pierwszy mecz Mistrzostw Świata w Korei Południowej w 2002 roku. Polska przegrywa z gospodarzami 0:2. W drugim spotkaniu jest jeszcze gorzej. Portugalia strzela nam cztery gole. Gramy bez wiary, pomysłu i polotu. Jan de Zeeuw, Holender, który zakochał się w Polce, wiele lat temu zbudował dom na Kaszubach i został menedżerem futbolowym, oglądał to spotkanie ze swymi rodakami w siedzibie holenderskiego związku piłkarskiego. Z lewej Marco van Basten, były reprezentant Holandii. Z prawej Giovanni van Bronckhorst, wtedy piłkarz Arsenalu, i Marc Overmars z Barcelony. Trzej słynni piłkarze naigrywali się z polskiej reprezentacji. I z de Zeeuwa.
- Ech, ci twoi Polacy, tylko głupcy grają tak jeszcze w piłkę - wykrzykiwali na zmianę van Basten z Overmarsem.
- Co to za styl? I ta taktyka z epoki kamienia łupanego! To dziwne, że duży kraj w środku Europy nie ma wyników, a jego gra jest tak schematyczna - wtórował im z ekranu komentator tego spotkania, Johan Cruyff, jeden z najwybitniejszych piłkarzy świata. De Zeeuw milczał. Też nie wszystko rozumiał, chociaż i tak lepiej znał Polskę niż wszyscy Holendrzy razem wzięci.
Minęły cztery lata. Polska wstąpiła do Unii Europejskiej. Zaczęliśmy podróżować bez paszportów. Nasze wojska pojechały do Iraku. Komisja śledcza ujawniła kulisy afery Rywina. A władzę w kraju przejęli bracia bliźniacy, o czym donosiły gazety na wszystkich kontynentach. Zmieniło się wiele, ale nie w piłce. Gdy polscy piłkarze pokazywali swój kunszt podczas kolejnego mundialu, tym razem w Niemczech, Günter Netzer, były zawodnik, mistrz świata z 1974 roku, mówił w niemieckiej telewizji prawie to samo co cztery lata wcześniej Johan Cruyff: - Śmieszne, że taki zespół gra na mistrzostwach świata.

Prawie 40-milionowa Polska przegrała z Ekwadorem i Niemcami. Drużyna Trynidadu i Tobago, dwóch karaibskich wysp zamieszkanych zaledwie przez milion ludzi, zremisowała ze Szwecją, a do 82. minuty meczu stawiała dzielny opór potężnej Anglii, ojczyźnie futbolu. Trynidad i Tobago ma góry, wodospady, sawannę, Robinsona Crusoe i Piętaszka, którzy właśnie tutaj przeżywali swe przygody. Ma też żółte piwo Carib, znane w tej części świata tak samo jak browar Heineken w Europie. Ale żeby grali w futbol prawie jak my? Przecież ten kraj ma zaledwie czterystu piłkarzy. W Polsce jest ich 330 tysięcy. Trynidad i Tobago jest najmniejszym krajem, jaki kiedykolwiek awansował do mistrzostw. A mimo to przeżywał w Niemczech wielkie dni. Leo Beenhakker, trener drużyny, pokazywał wszystkim, że nawet w egzotycznym zakątku świata można zbudować solidny zespół. I choć jego podopieczni odpadli z turnieju w tym samym momencie co Polacy, wspominają swój pierwszy mundial z dumą. Beenhakker otrzymał premię, ponoć nawet milion dolarów. A także specjalny złoty medal Chaconii z rąk prezydenta. Wcześniej tylko jedna osoba z piłkarskiego środowiska dostała w Trynidadzie i Tobago tak ważne odznaczenie. Był nią Dwight Yorke, karaibska gwiazda futbolu, były gracz Manchesteru United, Aston Villi, Birmingham i Blackburn Rovers.
Wyspiarskie państwo z Karaibów już od 70 lat jest niezależne od Anglii. Ale mieszkańcy obu wysp przez te wszystkie lata nie myśleli o Trynidadzie i Tobago jak o jednym kraju. Ci z jednej wyspy patrzyli wilkiem na tych z drugiej. Gdyby nie dzieliło ich morze, pewnie dawno by się pozabijali. Politycy robili, co mogli, by zjednoczyć obywateli nie tylko administracyjnie. Chcieli, by czuli wspólnotę i dumę z uzyskanej niepodległości. Nie szło to najlepiej. Aż pojawił się Beenhakker i sukces jego drużyny na mundialu. Futbol pogodził i zjednoczył naród. Dlatego o Leo Beenhakkerze mówią tam teraz z największym szacunkiem. Gdyby nie on, drużyna Trynidadu i Tobago prawdopodobnie nigdy nie zagrałaby na mistrzostwach.
Jego poprzednikiem był na wyspach Bertille St. Clair. Ale za jego rządów karaibska drużyna zaliczyła w eliminacjach tylko jedno zwycięstwo na sześć spotkań. Na pomoc sprowadzono Holendra, który poprowadził zespół do trzech wygranych w czterech ostatnich meczach kwalifikacji. - Cieszę się, że mogłem uszczęśliwić tak piękny kraj jak Trynidad i Tobago. Kończy się ważny okres w moim życiu. Ciężko jest mi się żegnać, ponieważ ta praca była wyjątkowa - mówił na do widzenia Beenhakker.
I I I
Po mistrzostwach w Niemczech Jan de Zeeuw wrócił do swej wsi pod Kartuzami, by pooddychać polskim powietrzem. Posłuchać lasu, popatrzeć, jak wiatr marszczy taflę jeziora, które ma tuż za płotem, i delektować się przestrzenią, o jakiej w swojej małej ojczyźnie mógłby tylko pomarzyć. De Zeeuw to były holenderski panczenista. Na łyżwach kariery nie zrobił, ale dzięki nim poznał Polskę. Kiedy brakowało dla niego miejsca w holenderskich ośrodkach treningowych, przyjeżdżał na zgrupowania do Zakopanego. Tu poznał Elwinę Ryś-Ferens, której doradzał po zakończeniu własnej kariery. Później zaczął eksportować do Holandii mrożone truskawki z polskich plantacji. Z tej działalności nie zrezygnował do dziś, choć przyznaje, że teraz na truskawkach nie da się zarobić tyle co kiedyś. Nie zrezygnował też z czynnego uprawiania sportu. Jeśli spotkacie w kaszubskich lasach niewysokiego jegomościa, który toczy biegowe pojedynki z psem, to właśnie de Zeeuw, miłośnik piłki, kawy i biegania. Co sezon zalicza dwa biegi maratońskie.
Teraz jednak Jan nie miał głowy do biegania. Wiedział, że do Leo, swego dobrego znajomego, może zadzwonić w każdej chwili. Poplotkować, zapytać, co słychać, umówić się na wspólny wieczór. Ale tym razem chodził wzdłuż płotu, trzymał telefon w dłoni i bił się z myślami. Łapał się na tym, że zaczyna mówić sam do siebie: "Daj mu odpocząć, poczekaj choć kilka tygodni". Spacerując, rzucił kij swojemu psu, zerknął na czerwone ryby pływające w oczku wodnym, aż wreszcie nie wytrzymał i zadzwonił. Trafił dobrze, bo Leo siedział już dwa dni w domu. Jak na Beenhakkera przynajmniej o jeden dzień za długo. Rozmowa była krótka i rzeczowa. - Słuchaj Leo, mam takie pytanie - zaczął de Zeeuw. - Zostałbyś selekcjonerem polskiej kadry?

Beenhakker: - A jesteś w stanie to załatwić? Jeśli tak, to ja jestem zainteresowany.
Nazajutrz Jan de Zeeuw zadzwonił do Michała Listkiewicza, który jeszcze w trakcie mundialu, podczas pobytu w Hanowerze, starał się wysondować Leo. Pytał, jak by to wielki trener widział. I czy w ogóle byłaby taka możliwość, by spróbował szczęścia w Polsce. Po telefonie de Zeeuwa trzeba było kuć żelazo póki gorące. De Zeeuw i Listkiewicz wyjechali do Niemiec, gdzie w siedzibie firmy menedżerskiej SportFive spotkali się z Beenhakkerem. Negocjacje nie były długie. O pieniądzach rozmawiano niewiele. Po kilku dniach do Leo dotarły płyty DVD z meczami polskiej drużyny. Mógł siedzieć przed telewizorem i poznawać swych przyszłych graczy. Trzy dni patrzył w ekran, jadł, spał i znów włączał telewizor. I już wiedział, że przed nim wyzwanie nie mniejsze niż w Trynidadzie i Tobago.


czwartek, 15 listopada 2007


Ludzie mają ten cenny dar porozumiewania się za pomocą słów. Przedstawiam wam najlepsze wypowiedzi ludzi sportu minionego tygodnia.

"Możecie nas porównać do soft porno. Jest dużo gry wstępnej a za to brakuje zakończenia".
Manager Rochdale Keith Hill komentuje porażkę swojego klubu na własnym terenie z Stockport 2-1.

"Liam ciężko pracował na tą bramkę, jednak wątpię żeby chciał zobaczyć to na czym siadam".
Szef Bristol City Gary Jonhson ma problem bo obiecał, że pokaże swoją tylnią część ciała na wystawie w sklepie, gdy Liam Fontaine strzeli bramkę. Piłkarz ten uczynił to w meczu przeciwko drużynie Wilków.

"Mogę z nim walczyć gdziekolwiek, nawet w jego ogródku".
Joe Calzaghe planuję pokazać amerykańskiemu bokserowi Bernard'owi Hopkins’owi kto jest najlepszy.

"Mamy więcej śniegu od was"
Kibice Aberdeen do fanów Lokomitiw'u Moskwa podczas meczu rozgrywanego w Szkocji w bardzo trudnych warunkach pogodowych.

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Tagi